W kuchni
Resztki, które jutro są obiadem
Resztki nie idą od razu do miski na obierki. Najpierw stoją na stole i stygną, a ja zmywam to, co puste. Zostaje pół miski marchwi, kilka piór cebuli, kawałek kurczaka, który ktoś odsunął, i ryż zbity w łyżkę. Wygląda to skromnie, dopóki nie przełożę wszystkiego do jednego garnka. Wtedy zaczyna wyglądać jak jutro.
Dokładam łyżkę wody i szczyptę soli. Nie mieszam mocno, żeby kurczak nie rozszedł się w nitki. Przykrywam i wstawiam do lodówki, na półkę, gdzie zwykle trzymam mleko. Mleko przesuwam. Garnek jest ciężki. Drzwiczki domykam biodrem.
Rano wyjmuję go, zanim nastawię kawę. Tłuszcz na wierzchu jest biały i cichy. Zdejmuję go łyżką do słoika. Przyda się na patelnię, ale nie dziś. Dziś chcę obiad, który pachnie jak wczorajsza rozmowa, tylko cieplejszy. Podgrzewam na małym ogniu. Mieszam raz. Marchew trzyma kolor. Ryż rozluźniam widelcem, tym samym, który wczoraj leżał po lewej.
Jem z głębokiego talerza, nie z garnka. Nakrywam, choć jestem sama. Widelec, chleb, szklanka. Obiad z resztek lubi udawać, że jest nowy. W połowie talerza czuję kminek z zupy, która stała obok na stole i oddała mu trochę zapachu. Nie przeszkadza. Kminek pasuje do marchwi.
Zostaje jeszcze dno garnka. Wieczorem zaleję je wodą i zrobię z tego rzadką zupę albo wyleję, jeśli będzie już kwaśne. Na razie przykrywam i odstawiam. Na stole kładę czysty obrus, bo ten od kolacji poszedł do prania. Pusto. Aż chce się postawić miskę. Nie stawiam. Obiad zjadłam. Reszta ma prawo poczekać do zmroku, bez świadków i bez dokładki dla gościa, który już poszedł.
Przy zmywaniu talerz po obiedzie jest lżejszy niż talerze po kolacji. Mniej tłuszczu, więcej marchwi. Woda schodzi czysta prawie od razu. Odstawiam naczynie na suszarkę obok wczorajszej miski i słyszę, jak stukają o siebie. Ten dźwięk zamyka kolację dopiero następnego dnia. Lubię takie spóźnione końce. Stół przez dobę pamięta, co na nim stało, i oddaje to w południe, kiedy światło jest już inne.